Mój drugi raz w Teatrze 6 Piętro

Wczoraj miałam okazję po raz drugi odwiedzić Teatr 6 Piętro. Złożyło się całkowicie przypadkiem, trochę tak jakby los się do mnie uśmiechnął i zesłał mi kolejne „od chamienie się”. Chciałam bardzo zobaczyć Cezarego Pazurę na scenie i w końcu udało się. Sztuka "Bóg Mordu" zgromadziła wczorajszego wieczoru mnóstwo ludzi. Czy warto jest wybrać się na to przedstawienie? Na pewno tak.


Sztuka rozpoczyna się od spotkania dwóch małżeństw: Veronique Houllie (Jolanta Fraszyńska), Michel Houllie (Cezary Pazura), Annette Reille (Anna Dereszowska) i Alain Reille (Michał Żebrowski). Wszystko dzieje się w mieszkaniu Veronique i Michela. Spotykają się, by podpisać "ugodowe" oświadczenie, ponieważ syn Państwa Houllie został pobity przez syna Państwa Reille. Kurtuazyjne spotkanie, z pozoru opanowane i spokojne, z każdą następną chwilą przeobraża się w dramatyczną walkę czwórki ludzi, wrogiej wobec siebie. Z pozoru udane małżeństwa, szczęśliwie posiadające dzieci, które świata poza sobą nie widzą. Co się jednak później okazuje? Ano, że świat tak naprawdę jest zły, a rodzina to nieustanna walka o władzę, dominację i szacunek drugiego partnera.

"Bóg Mordu" w 6 Piętrze jest pokazane jako komedia i dramat jednocześnie. Są momenty śmieszne i tragiczne. W powietrzu czuć przeplatającą się walkę dwóch płci. Żadna z nich nie ma zamiaru odpuścić. Ze sceny płynie czarny humor o małżeństwie, ogólnie o związku dwójki ludzi, których wiele dzieli. Jednak w gruncie rzeczy dochodzi do pojednania, bo życie w pojedynkę jest mało warte. Każdy z bohaterów pokazuje swoje dobre i złe strony. Widzowie żywiej reagowali, kiedy kobietę uciszają mężczyźni, a nie na odwrót – ot taki typowy stereotyp. O dziwo pary teatralne dużo odegrały scen, które widzę na co dzień chodząc po ulicy. Ściernie się ludzi, docieranie, warczenie na siebie, wybuch silnych emocji i nagle pojawia się czas, kiedy do człowieka wraca uczucie do tej drugiej, nieznośnej osoby. Ot, prawdziwe życie.


Czy mi się podobało? Tak, ale trochę minusów także dostrzegłam. Brawa dla aktorów za to, że przez półtorej godziny grają na swoich i widzów emocjach. Chociaż jak dla mnie, przydałaby się przerwa. Spektakl nie jest prosty, jedno zdanie wywołuje lawinę zdarzeń. Jest to bardziej tragikomedia niż komedia. Dla mnie elementów śmiesznych nie ma wiele, kto wczuje się w sztukę, zacznie ją analizować chwilę później dostrzeże, że oprócz przerysowania wielu sytuacji, wyolbrzymianiu ich w gruncie rzeczy nie widzimy, że w naszych domach dzieje się podobnie. Te dwa małżeństwa, zupełnie różne, z podobnymi, ale jednak innymi emocjami wpłynęły na mnie refleksyjnie. Świat biegnie do przodu, a my nie zastanawiamy się, że obok siebie mamy bliską osobę, która też potrzebuje naszego czasu i uwagi.

 

Aktorzy wykonują dobrą robotę. Cezary Pazura gra fajnie, ale nie tak dobrze jak chyba potrafi. Zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie Jolanta Fraszyńska – gra bardzo przekonująco. Michał Żebrowski z kolei wciela się idealnie w rolę sztywnego pana w garniturku z telefonem w dłoni. Chwilami miałam wrażenie, jakby wiele cech Alaina było jego prawdziwymi ;) Anna Dereszowska odgrywa bardzo niestabilną kobietę, która nie bardzo wie co ma zrobić z własnym życiem. Udało jej się stworzyć kreację kobiety, która jest piękna i inteligentna, ale także straszna.


Polecam dla tych, którzy pogląd małżeństwo przedstawione w krzywym zwierciadle. Jednak zgadzam się z pewną opinią, którą znalazłam tuż przed pójściem na spektakl: „To nowocześnie zrobione przedstawienie, z designerską scenografią, dobrą reżyserią świateł i softjazzową muzyką ma jeden zasadniczy feler: publiczność odbiera je jak starą, konserwatywną farsę o mądrych mężach i głupich żonach. Chciałoby się, aby także teatr środka zmieniał przekonania swojej publiczności. Niestety, w tym wypadku chyba skapitulował” - Roman Pawłowski

zdjęcia: www.teatr6pietro.pl/bog-mordu-zdjecia-ze-spektaklu

, , , , , ,

Komentarze

1 komentarzy:

  1. Hmm, ciekawie opisana i zareklamowana sztuka. I cóż, wydaje mi się, że jak bardzo (co strazne!) prawdziwa. Pędzimy do przodu udając, że jest dobrze, nie mając czasu na zadbanie o najbliższych, bo przecież (pracując) robimy dla nich, ile możemy". Lubię takie sztuki zmuszające do refleksji, takie przerysowane, jednak po których, jeśli "zdejmiemy" z nich "grubą kreskę" odkryjemy smutną prawdę. I w tym momencie natychmiastowo kojarzy mi się film "Wesele" - bardzo przerysowany, ale jak bardzo prawdziwy!

    OdpowiedzUsuń

Bardzo dziękuję za każdy komentarz. Będę wdzięczna za pochwały i krytykę.
Pozdrawiam!
Magda